Pierwsza... 2008-02-13 02:59:48

notka na nowym szablonie, czy jak to się tam nazywa, w każdym razie po zmianach na blog.pl.

Zacznę od tego, że ślub nadal jest planowany i ma ogromne szanse dojść do skutku.
Odliczam.
52 dni.

Nie, nie dlatego, że nie mogę się doczekać. Raczej z powodu natłoku spraw, nie tylko związanych z tym jednym dniem, ale z całym życiem, które mam ułożone do bani.

Dyplomu nadal nie obroniłam. Ba, nawet nie napisałam. Mimo pewnego ultimatum od rodziców. Cóż, chcą wydać córkę z domu z wykształceniem. W sumie nie dziwię im się, skoro żadnego innego posagu nie wyniosę.
Pracy nie znalazłam. Nie szukałam.
Praktyk nie dokończyłam.

Udaję, że piszę pracę, udaję, że chodzę na praktyki, udaję, że szukam pracy.
Śpię do południa.
Gram w Simy.


Boski cierpliwy. Wyrozumiały.

Mama w ciężkiej depresji. W łóżku.
Siostra w potwornie ciężkiej depresji. Za granicą.
Ojciec nie wiadomo, bo z nim nigdy nie wiadomo. W pracy.
Ja w depresji, ale lżejszej. Gram w Simy.

Z powodu niewyplacalności zlikwidowałam fundusz inwestycyjny i polisę, a i tak nie wystarczy na to pierdolone wesele, które miało być małym przyjęciem, a skończy się na stu czterdziestu osobach i sali balowej. Niby fajnie, ale kiedy ojciec skinął głową, że będzie wesele, skoro kontr-teściowie chcą i skoro było to zawsze moje marzenie, nie przypuszczałam, że nie zdaje sobie sprawy z tego, co mówi.

Załatwiania ślubne mają się nieźle. Wszystko na mojej głowie. Tracę siły.
Przyszli teściowie na mojej głowie, bo Boski chce z nimi iść na noże, a ja się gimnastykuję, bo będą dziadkami moich dzieci, bo będziemy mieszkać w ich mieszkaniu, bo to rodzina, bo w końcu ja ze wszystkimi chcę żyć w zgodzie, taktownie i elegancko. Tracę siły. Gram w Simy.

Boski odsłania inną twarz. Już czuje, że upolował. Teraz zaczyna wychowywać. Mam pewne obawy, ale jeszcze niczego nie chcę przesądzać. Gram w Simy.

skomentuj (10)

Jestem... 2007-11-26 14:20:45

specjalistką od cudzych żyć.
Znajduję radę i słowa pocieszenia w większości popularnych problemów moich znajomych i najbliższych. Głównie rozwiązanie i wytłumaczenie. Pocieszenia mniej, bo jestem kategoryczna, skupiam się na wyjściu na prostą, co daje nadzieję, mniej na samej bezpodstawnej nadziei.
Mogłabym wstawić do pokoju kozetkę terapeuty.
Ale sama na niej nie leżę.
Własne życie mam w rozsypce i zmierzam donikąd.

skomentuj (6)

Jeszcze.. 2007-10-23 01:14:38

nigdy nie wygrałam wyborów!

Spędziliśmy wieczór wyborczy u Debeściaków na przekąszaniu tortów urodzinowych ich córek oraz na obgryzaniu paznokci własnych.
Miazga. Hurra.

Oddając swój głos, po raz pierwszy w moim krótki życiu pełnoletniego obywatela poczułam zew patriotyzmu, naprawdę. W przeciwieństwie do Boskiego N., który staje na baczność podczas hymnu przed meczem w telewizji, ja mogłabym mieszkać i w Bangladeszu, gdyby tam było fajnie.
Ale od wczoraj coś mi się odmieniło. Może po prostu lubię wygrywać, kto wie. A może dlatego że pierwszy raz zaufałam liderowi zwycięskiej partii, może poczułam wiarę w jego autentyczność i może pierwszy raz mam prawdziwą nadzieję. Chociaż oczywiście wiem, że politykom nie ma co ufać a tym bardziej wierzyć - albo na odwrót.

Od rana czuło się podekscytowanie wśród ludzi. W tramwaju wesoło rozmawiało się o wczorajszym dniu albo o najbliższych czterech latach lub też z uśmiechem czytało się gazety. Przynajmniej tak było w Krakowie. Bo mamy tylko jedną chmurkę - Ziobrę przed Gowinem, a wstyd!

skomentuj (6)

Rany... 2007-10-05 17:45:24

boskie za równo pół roku będę mężatką.
Bycie żoną na pewno jest przereklamowane. Ale singlowanie też z pewnością kryje więcej wad niż zalet.
Nie wiem, co o tym sądzić - które lepsze?
Powszechnie wiadomo, że na sąsiednim pasie zawsze jest szybciej, a trawka sąsiada rośnie piękniej.

Jestem optymistką, że oprócz znalezienia przeze mnie stałej pracy nie będziemy mieli problemów. Na razie widzę same pozytywy w postaci mniejszych wydatków na benzynę, bo nie będzie trzeba jeździć codziennie po 20 km przez całe miasto, oraz bardziej racjonalnego pożytkowania czasu również z wyżej wymienionego powodu.

Bo już nas strasznie męczy mieszkanie osobno. Zbyt wysokie rachunki za telefon... ;-)

skomentuj (7)

Praca... 2007-09-06 23:02:09

praca, praca. Wiem, rok temu też o tym pisałam. Jestem w swoim żywiole. I jeszcze ten pan, który ma taaaaki głos i jest taaaaki przystojny, ah. Dobrze, że kontaktujemy się tylko telefonicznie. I w ogóle to ciiicho-szaaa. W końcu jestem stateczną narzeczoną, nieprawdaż.

W tak zwanym międzyczasie podpisujemy z Boskim N. umowy z kamerzystą, zespołem, zastanawiamy się, czy po raz drugi spotykać rodziców, czy może już nie trzeba. Boski uważa, że jak sześć lat temu ustalili podział kasy, to przecież nic się nie zmieniło, a lepiej unikać wspólnych kontaktów.

Wszystko dzieje się na raz i ja to lubię. Od przyszłego tygodnia zaczynamy przereorganizowanie mieszkania - mama do mojego pokoju, ojciec do mamy pokoju, trzeba kupić nowe meble, sprzedać stare, malowanie i tak dalej, a nie chcemy tego zostawiać na po ślubie, bo wtedy będziemy mieć na głowie własny remont i dla mamy już nie starczy czasu ani naszych sił, a sama sobie przecież nie da rady. Na ojca nie ma co liczyć.

Płakać mi się chce na samo wyobrażenie rodziców samych pod jednym dachem, beze mnie, wymieniających średnio dziesięć zdań dziennie o obiedzie i pieniądzach.

A rok temu zamieszkały u nas Gacek i Miśka. Stan na dzisiaj to 50% kotów. Gacek wziął i poszedł. Właściwie, cholera, nie wiadomo, po co, przecież nie ma jajek, to po kiego grzyba się szlaja, na panny się przecież nie wybrał. Nieszczęśliwego wypadku nie biorę pod uwagę. Kropka. Miśka, która była tą, która chodzi własnymi ścieżkami i raczej do głaskania nie była skora, teraz nagle zrobiła się tak niezwykle pieszczotliwa i okazująca wręcz zakochanie we wszystkich domownikach, że nasuwa mi się jedna myśl: normalnie sprzątnęła brata i teraz przejęła jego przywileje.
Dobrze że nowe mieszkanie na piętrze. Nie będzie żadnego wychodzenia!

skomentuj (1)

Niedawno... 2007-08-25 03:37:30

znajoma zapytała mnie, czy na pewno chcę być żoną, czy się nie boję, że wyląduję pod mężem, że on będzie tylko chodził do pracy, a potem kapcie, gazetka, obiad i mecz w TV.
Zastanowiłam się i odpowiedziałam - nie.
Bo oprócz tego, że Boski jest po prostu wspaniały, to jeszcze odbyliśmy raz taką rozmowę:
Ja: Dlaczego częściej nie chodzisz grać w nogę z tym kolegą z pracy, tylko raz na ruski miesiąc? Przecież mógłbyś mieć jakieś fajne towarzystwo.
On: Nie interesują mnie ci ludzie. Nie podoba mi się ich podejście do żon. Nie szanują ich. Żony mają siedzieć tylko przy garach i dzieciach. Nie mówią im, ile zarabiają, bo żony to nie powinno obchodzić. Wolą iść na mecz, niż spędzić czas z żonami i dziećmi. Na urlopie tylko siedzą na leżaku i piją piwo za piwem, a żony się wszystkim zajmują. I gadają tylko o dupach, meczach, dupach, imprezach, dupach, meczach... Mnie się to nie podoba.

Oczywiście wszystko wyjdzie w praniu, ale chyba nieźle mi się zapowiada bycie żoną Boskiego.

skomentuj (4)

Przewaga... 2007-08-22 17:02:38

kota nad psem jest oczywista. Więc będziemy mieć kota. Bo psa trzeba regularnie wyprowadzać, a kot może przesiedzieć jeden dzień w domu i wcale nie ma tragedii. Jednakowoż Boski N. jest niepocieszony, tak mi się wydaje, bo przy każdorazowym poruszeniu drażliwego tematu usiłuje mi wmówić, że będzie pies, bo koty są głupie. Trochę trudno mi dyskutować z takim argumentem, więc pytam wtedy tylko, czy będzie się zwalniał z pracy oraz wstawał bladym świtem, żeby wychodzić z pupilem, bo ja nie zamierzam, oraz nie w głowie mi dostosowywanie urlopu do psa. W takim wypadku słyszę, że to w takim razie dzieci też nie będziemy mieli, bo trzeba wyprowadzać do szkoły i z urlopem też ciężko. No i dyskutuj z takim.

skomentuj (6)

Po... 2007-07-29 02:46:14

pijaku nie wiem, co tu napiszę.
Już popełniłam jakieś komentarze, chyba u ds i mignony. Jutro sięę okaże czy bendę zwijąc bloga i uciekać wpopłohu i w we wstydzie.
Niewazne.
Otóż chciałam napisać, że jestem zazdorsna. Oczywiscie o Bossskiego mojego Narzeczonego który jest boski na tyle,, ze się za nim oglądają n aulicy, siadaja koło niego na imprezach oraz zostawiają bielciki za wycieraczką samochodu. Bileciki z numerem telfonu.
Jak chodziłam z nim przez dzisięęć lat, to było kej. dopóki nie podjęłam decyzji, że to już na zawzse i że za mąż. Do tantej pory waliło mnie ze wodzą oczami. Te inne. Potencjalne. Raczej dowatrościowało. Ale od kąd, to jakoś mnie już nie wali. Ale oczywiśccie jestr=em rozsądna i nie robię awantur nie okazuję, nie ograniczam nie robię scen. Ja wiem, żę to męczące, sama ni elubię jak się Boski wścieak, że ktoś się za bardzo choć uśmiecha.
No więc ta laska, co ją codzienmie spotyka przed pracą i ktora tenbilecik zostawiła za szyba, to ona już mnie zdenerwowoała. I jeszcze ta co powiedziala "mój przyszly meżu' bo zlapała welon a Boski krawat ona tez mnie zdenerwowala.
Bo on jest mój i kropka i będzie na długo i kropka.
Do branoc.

skomentuj (6)

Jestem... 2007-07-23 00:21:48

niepocieszona. Miesiąc charuwy na fitnessie i efekty bardzo słabe. Znaczy nie to, żebym się ważyła i mierzyła obwód w pasie i udach, ale tak na oko. Niby Boski N. wspomni czasem z uznaniem, że mi tyłek zmalał i brzuch spłaskowacił, ale wiadomo, on się podwala, a nie ma lepszego komplementu przed bzykaniem, jak "kochanie, jak ty zeszczuplałaś!".
Spoglądam w lustro i widzę okrągłą i apetyczną babeczkę i nawet się sobie podobam, ale potem widzę te naprawdę szczupłe laski na ulicy w mini spódniczkach z dżinsu i znowu czuję się jak hipopotam. Wiem, jojczę. Wiem, w Etiopii głód, lasy giną, Rydzyk przejmuje władzę, a niektórzy umierają na raka, ale te problemy nie dotyczą mnie bezpośrednio, za to bezpośrednio nadal nie mieszczę się w jedne spodnie sprzed dwóch lat i nadal pytam w sklepie o rozmiar 40, więc jestem niepocieszona.

Za to mam od kilku miesięcy akwarium, które nadal mnie cieszy. W podstawówce hodowałam rybki. Nie pamiętam, dlaczego tylko przez dwa lata, ale pamiętam, że bardzo je lubiłam. Wtedy to było hobby dla dzieci, teraz dla dobrze ustawionych dorosłych. Jak przeliczyłam, zbliżamy się prawie do tysiąca władowanych pieniędzy. Bo obecnie nie zadowalam się gupikami i mieczykami, tylko kupuję rybę pod tytułem duch amazoński, która kosztuje 25 zł, roślinki w koszyczkach, żeby nie było kłopotu z zakorzenieniem, grzałkę z termostatem i oświetlenie w pokrywie. I jestem z siebie dumna, że minęło tych parę miesięcy, a ja nadal nie straciłam entuzjazmu, nadal regularnie wymieniam wodę i nie zapominam o karmieniu, nadal spędzam długie chwile wgapiona w szybkę.

A w ogóle to było tak, że to akwarium dostałam w prezencie. Muszę o tym napisać, bo to była mega akcja.
Któregoś popołudnia umówiłam się z Boskim N., że przyjedzie po mnie i zawiezie dokądś. Na trzy kwadranse przed dostałam alarmujący telefon "Kochanie, odstawiaj wodę, żeby nie była prosto z kranu, wiozę akwarium i ryby". Bo jeszcze gwoli wprowadzenia muszę dodać, że od czasu do czasu wspominałam, że "ah, kiedyś miałam rybki i ah, może jeszcze kiedyś będzie mnie stać". Traktowałam to hobby jako fanaberię i zbyt drogą zachciankę, więc mogłam sobie wzdychać bez niebezpieczeństwa, że Boski jak zwykle stanie na głowie i spełni kolejne marzenie. Aż tu nagle taka niespodzianka. W dziesięć minut po telefonie Boski mój Narzeczony stanął w drzwiach, dźwigając akwarium, z naręczem roślin, czterema workami ze żwirem oraz workiem z rybami w zębach. Ze szczęścia dostałam migreny i w rezultacie musiałam odwołać wyjście, bo po zainstalowaniu całego majdanu ległam w ciemnym pokoju z kompresem na głowie. Potem po każdej wypłacie dostawałam ze dwie fajne rybki i frajdę miałam ja oraz oba moje potworne koty (które notabene skończyły właśnie rok). Kociska bowiem wylegują się szczęśliwe na pokrywie, pod którą grzeje świetlówka, a ja mam sprawę, która daje mi zajęcie i która mnie bardzo cieszy.

A o pracy, której nadal nie zaczęłam, bo ciągle coś tam nie zostało wynegocjowane ze zleceniodawcą, nie będę pisać, bo po co mam się wściekać.

skomentuj (4)

Od... 2007-07-16 02:56:14

paru tygodni debatujemy z Boskim N. o wyższości mebli z IKEA nad zabudową na zamówienie i odwrotnie. I nie możemy się zdecydować. Bo oczywiście musi być jak najtaniej, ale wiadomo też, że chcemy nowocześnie i ładnie. IKEA jest ładna, ale pozostawia wiele do życzenia jeśli idzie o jakość materiałów, zaś meble na zamówienie są droższe, ale za to lepiej wykonane. I bądź tu mądry i pisz wiersze.
Dwa dni temu zakochaliśmy się w pewnych frontach, a wczoraj bardzo wstępnie zaprojektowaliśmy kuchnię w programie IKEA i wyszło, że nawet nas może być stać. Naturalnie trzeba doliczyć koszt walenia ścian i przesuwania kanalizacji oraz gazu, ale tu można sporo zaoszczędzić na własnoręcznym waleniu, pardon... wykonaniu.
Pojawił się jeden szkopuł, mianowicie - okno mamy za nisko. Wiąże się to z użynaniem nóg i cokołów lubo z podnoszeniem okna. Jeśli urąbiemy nogi, to i tak zostaje problem w postaci standardowej wysokości zmywarek, która to wysokość powoduje, że blat będzie wystawał i blokował otwieranie okna. Czyli albo myjemy w zlewie (ała!) albo użeramy się ze spółdzielnią i podnosimy okno. Jeżeli rezygnujemy ze zmywarki, to mamy dwie możliwości, albo okno do góry, albo meble w dół. Jeszcze można zamówić u meblarza szafki 6 cm niższe. Ale wtedy kto to wie, jak te meble wyjdą? Ja byłabym skłonna zaryzykować, ale Boski N. woli wiedzieć, jaki będzie efekt końcowy. Doprawdy nie miałam pojęcia, że kłopoty i rozdźwięki pojawią się już w fazie przed-projektowej. Dobrze że jesteśmy zgodni chociaż w kwestii, gdzie postawić zlew a gdzie kuchenkę.

skomentuj (1)

Wczoraj... 2007-06-30 00:15:30

odbył się wieczór panieński koleżanki. Właściwie nie mojej, tylko koleżanki Debeściakowej, ale jakoś tak wyszło, że zostaliśmy zaproszeni na wesele. Pewnie dlatego, że jesteśmy tacy fajni i rozrywkowi. Znaczy Boski jest rozrywkowy i fajny, ja jestem tylko fajna, bo niestety raczej ponura. Nieważne.
Więc ten wieczór. Miał być pan, co się rozbierze i wypręży biceps, ale część towarzystwa cierpi na dewocję czy pruderyjność, jak zwał, i powiedziała, że jak pan, to one nie. No to kicha. Myślałam, że wreszcie pierwszy raz zobaczę takie show, ale skończyło się na pobożnych życzeniach. Za to w ramach odrobiny testosteronu było tak, że w męskiej toalecie postawione zostały róże w wazonie oraz przyklejone na ścianie zdjęcie gospodyni wieczoru wraz z karteczką o mniej więcej takiej treści:
"To nasza koleżanka, która pojutrze wychodzi za mąż. Jeśli masz ochotę, złóż jej życzenia i wręcz różę. Siedzimy na antresoli i tam znajdziesz pannę młodą".
I proszę bardzo, pięciu przedstawicieli odważyło się zbliżyć do dwudziestu lasek na wymaganą odległość i zrobić miły wtręt. Wszystkie oczywiście byłyśmy wtajemniczone, jedynie główna zainteresowana wybałuszała oczy i rumieniła się uroczo. Przy każdym delikwencie pytałyśmy zgorszone, co to za koleś i czy narzeczony wie. No i fajnie było.
Niestety na równoległej imprezie u chłopaków nie było tak miło. Pani, która miała zatańczyć, odwołała w ostatniej chwili występ i trzeba było szukać po burdelach na gwałtu rety jakiejkolwiek laski, która zatańczy i zdejmie co ma zdjąć. Znaleziona okazała się być kurwą z najgorszego gatunku, która, owszem zatańczyć może - również. Przyszła z ochroniarzem 250 kg żywej wagi, nie pozwolila sobie robić zjęć i o mały włos, a zgwałciłaby biednego pana młodego, który bronił się, jak mógł, i wyglądał podobno jak ofiara i kupka nieszczęścia. Wracał do domu bez slipów, co mówi samo za siebie - dziewczyna miała power w garści. Dobrze że podarła mu tylko majtki a nie całą garderobę. Ogólnie żenada i fuj, fuj. Ale narzeczony zdał egzamin na pięć. Boski N. powiada, że po takiej akcji nie dziwi się, że pod tak ogromną presją faceci ulegają. Dwudziestu chłopa krzyczących "nie bądź cienias!" i robiących "uuuuuuu!" może najprzyzwoitszego złamać. Może to i dobrze, że u nas pana nie było.
A jutro ślub i wesele. Muszę podglądnąć, co i jak.

skomentuj (7)

Przyszły... 2007-06-27 23:47:25

pan młody znużony tematem przygotowań, więc daję mu już spokój. Niech chłopak odsapnie. Zresztą nie ma co się tak emocjonować, czasu mnóstwo, ponad 9 miesięcy, do tej pory jeszcze może nam się coś nawet urodzić. Odpukać.
Mamy prawie pół roku przestoju, ale nie martwię się, bo majważniejsze punkty programu załatwione. Mnie się też właściwie nie chce myśleć, szukać, sprawdzać, porównywać, jedynie parę dni temu umówiłam się ze znajomą na przebieżkę po salonach z sukniami. A co, niech się wydarzy coś miłego. Co prawda mama krzyczy na mnie, że przecież kieckę już wybrałam, więc po co znowu mierzyć, ale mnie się już tamta znudziła, poza tym kosztuje majątek. No i nie mogę się zdecydować.
A w poniedziałek spotkałam się z dziewczynami z forum. Faceci mają już przesyt tematu, więc pogadałyśmy sobie w babskim gronie zainteresowanych, wymieniłyśmy się numerami fotografów, kamerzystów, zespołów, jubilerów oraz drukarni i obgadałyśmy naszych panów. Nie ma to jak solidarność w temacie.
Poza tym zapisałam się na fitness, boże, jakiś step czy jak to się nazywa - dramat. Chodzić nie mogę, siedzieć nie mogę, wszystko mnie boli, ale za to wyraźnie zrzucam sadło, czyli okej.
To chyba tyle. Może nie zlikwidują mi bloga ;-)

skomentuj (3)

Znowu... 2007-06-06 17:22:33

się boję.
Nie aż tak, żeby mnie paraliżowało, nie. Ale znowu, przez krótką chwilę, przez jedną myśl pocą mi się ręce i czuję szybsze bicie serca.
Długie dziesięć lat dojrzewałam do decyzji, długie dziesięć lat dorastałam do zobowiązania, długie dziesięć lat zmagałam się ze strachem przed zależnością.
Jeśli nie wykonam skoku, to nigdzie nie dojdę, tylko będę się tak kisić w jednym punkcie rozwoju. I chcę tego, chcę, bo kocham.
Bo dla mnie miłość to zobowiązanie, wzięcie na barki drugiego człowieka i zgoda na to, żeby i on mnie niósł. I z nikim innym to niemożliwe.
Ale boję się, czy dam radę. Czy go nie skrzywdzę sobą. Czy sama siebie nie skrzywdzę.
Czy potrafię żyć z jednym mężczyzną przez tyle lat? Czy potrafię dzielić wszystko, co mnie dotyczy, tylko z nim jednym, a nie z wieloma ludźmi?
Boję się, że jeśli będziemy żyć razem codziennie, to zbyt mocno będę tęsknić za niezależnością.
A jeśli raz podejmę tak ważną decyzję o sobie i drugim człowieku, to już nie będę się mogła wycofać.
Boję się nieodwracalności.

skomentuj (6)

Zaginelam... 2007-05-29 03:35:57

w akcjach.

Akcja pierwsza:
Wyjechalam w gory. Tak, to byl ten dlugi majowy tydzien. Zlozylo sie naprawde wyjatkowo, ze nie lalo i bylo tylko zimno, bo na ogol kiedy juz nam sie uda zgrac wolne dni, to zawsze, ZAWSZE leje i jest potwornie zimno. Tym razem fatum sie odwrocilo.
Umordowalam sie okropnie, bo oczekiwania rozminely mi sie z rzeczywistoscia. Pojechalam zaczerpnac swiezego powietrza i naladowac baterie w ciszy i na lonie przyrody, a tymczasem Debesciakowie wraz z dziecmi zatruli nam te krotkie chwile relaksu swoja glosna - ale jak glosna! - obecnoscia. Co prawda pomysl, zeby ich zabrac byl moj, ale przeliczylam sie z wlasna odpornoscia na halas, wieczny jazgot i chaos.
No ja tak nie moge, ze nie mam wlasnego kata, w ktorym jestem ja i tylko ja i wtedy, kiedy ja i tylko ja chce. No nie moge, bo cierpie. Oczywiscie jest milo i tak dalej, ale ilez mozna.
Wyciagnelam cale talatajstwo na spacerek dla dzieci i mieczakow - i wymiekli. No kto wymieka w drodze na Rusinowa Polane?! Nie mowie o Gesiej Szyi, tak? bo to niby rzut beretem, ale podejscie po sniegu i bez wczesniejszej przebiezki nie jest takie hop-siup, mowie o ledwie godzinnym spacerku po plaskim terenie. No nic, najojczyli sie, ale doszli. Na Gesia poszlismy we dwojke. Nie pamietam, jak ja to zrobilam, ze poprzednim razem dowloklam sie do Pieciu Stawow, to chyba nie bylo w tym zyciu. Straszne jak sie czlowiek zapuszcza przed komputerem i kierownica, nogi w ogole nie chca isc pod gore. No ale widoki rekompensuja swist w plucach i mroczki przed oczami. Tak wiec zrobilam, co chcialam. Tylko co z tego, jak po powrocie znowu wpadlam w harmider i caly ulotny nastroj prysl. Wzdech. Musze tam pojechac sama, ewentualnie z Boskim, choc i on do cichych i spokojnych nie nalezy.

Akcja druga:
Sopot. W Sopocie lalo jak w Londynie i bylo zimno. Gdansk mnie nie urzekl, przewodnik, ktorego dostalismy w pakiecie za free, znudzil potwornie cala grupe i jeszcze zalapalam dola, ze marzenie mojego zycia jest nie do zrealizowania. I prosze mi nie mowic, ze sie wszystko da zrobic. Na pewne rzeczy jest czas, a potem juz nie. W zwiazku z tym musze pokierowac swoim zyciem w inna strone, co zawsze bedzie tylko namiastka i dokad ja dojde? Za to za malo czasu bylo na wypicie morza wodki, zabranej jeszcze z Krakowa, chociaz bardzo sie staralismy. Nawiazalam nowe znajomosci z Lodzia, wiec moze wreszcie uda mi sie tam kiedys dotrzec i zaliczyc wszystkich.
W tym miejscu chcialam powiedziec, ze Opera Lesna to porazka i wcale sie nie dziwie, ze Whitney Houston nie chciala sie tam wybierac. Male to takie, obskurne, pod plandeka zamiast dachu, lawki drewniane i pomalowane jak w parku pietnascie lat temu, pan od naglosnienia pozyczyl bardzo wazny kabelek koledze i czegos tam sie nie da podlaczyc - normalnie jak za radosnego PRL'u. Masakra.

Akcja trzecia to Londyn, gdzie lalo i bylo zimno jak w Sopocie, ale na ten temat mam znacznie wiecej przemyslen oraz wrazen zwiazanych z tym krotkim za to jakze intensywnym wypadem. To juz bedzie nastepna notka.

skomentuj (9)

Dawno... 2007-04-20 02:09:38

mnie tak nikt nie zrugał za ciasny umysł, czarnowidztwo i ignorancję, jak wczoraj Boski N.

Piłkę nożną omijam z daleka, kiedy słucham wiadomości, to milczę i przyswajam, a jak tylko zaczynają o sporcie, to uważam, że już nic godnego uwagi i włącza mi się gadacz, czym doprowadzam Boskiego do zgrzytania zębami. Generalnie nic nie wiem, nie trzyma mi się głowy, jak się nazywa trener reprezentacji, co ile lat jakie mistrzostwa i jakie puchary, o ligach nie wspominając, jeśli już muszę się odezwać w temacie, to wybiórczo powtarzam jak papuga zasłyszane przypadkiem komentarze do, no i w ogóle to jestem typowa kobieta, co się nie zastanawia nad życiem pozaziemskim, tylko ile szuflad zmieścić w zabudowie kuchennej, a sport rozumie jedynie jako utrzymanie dobrej kondycji fizycznej.

A wczoraj było tak, że na entuzjastyczne okrzyki Boskiego N., że może się uda, zareagowałam sceptycznie:
"No wspaniale, tylko że i tak te miliardy dotacji zdefraudujemy, nie powinno się nam powierzać takich przedsięwięć i takich pieniędzy."
Wtedy dostało mi się pierwszy raz. Uznałam to za lokalny patriotyzm. Niech sobie wierzy.
Potem, kiedy Boski euforycznie rozprawiał o tych dotacjach, tych kilometrach autostrad, tych dziesiątkach hoteli, tych wielkich korporacjach, co będą u nas inwestować, rzekłam, że: "I co potem? Kto w tych hotelach będzie mieszkał w 2013 roku? Kto będzie kupował produkty tych firm, kiedy już kibice sobie pojadą? Kto te autostrady będzie utrzymywał, skoro teraz nie ma pieniędzy na łatanie dziur w asfalcie? A Zakopiankę zrobią, aby?" I dalej w tym duchu.
Jak już skończyłam tyradę, to dowiedziałam się, że mam ciasne horyzonty, bo przecież te mistrzostwa będą właśnie reklamą dla kraju i przyciągną tysiące turystów na później.
Cóż, może rzeczywiście nie są te moje horyzonty szerokie. Chyba muszę se unowocześnić myślenie.

skomentuj (7)

Księga Gości

Miłe komentarze równie mile widziane.
Nie czarujmy się, nie piszę tego bloga tylko dla siebie ;-)

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Free Image Hosting at www.ImageShack.us